Siedem godzin oczekiwania na lot do Ammanu starcza akurat na zwiedzenie centrum Frankfurtu i zjedzenie sznycla z sałatką kartoflaną (jak ja kocham tą sałatkę, mniam). Niebrzydkie miasto, nowoczesne, czyste.
Jak zwykle spotkanie giermańca o czekoladowym kolorze skóry sprawiło mi dziką radość, burn in hell Adolf, przegrałeś. Ok, trochę tej radości brało się też z faktu, że czekoladowy giermaniec był piękną, usmiechnietą kobietą. Spodziewałem się, że to ostatni uśmiech wymieniony z kobietą przez najbliższy tydzień, więc cieszył podwójnie.
Amman objawił się o drugiej na ranem jeziorem czerni wypełnionym migotliwym skarbcem klejnotów ulicznych latarni i okien domostw. Warto zapłacić za bilet lotniczy tylko dla okazji spojrzenia na miasto nocą z wysokości pięciu kilometrów. Jeszcze nie wiem, że szmaragdy tego skarbca to wieże minaretów.
Ach, wieże minaretów – muezin obudził mnie trochę po czwartej. Pierwsze wezwanie do modlitwy, przed wschodem słońca. Piękny, głęboki głos o tej porze nie zagłuszany kakofonią bazarowej ulicy śródmiescia. Allahu Akbar, Ash-hadu an-la ilaha illa llah, Ash-hadu anna Muħammadan-Rasulullah, Hayya ‘ala s-salah, Hayya ‘ala ‘l-falah, Allāhu akbar, La ilaha illa-Allah.
Wiecheć świeżej mięty wcale nie sprawia, że herbata jest smaczniejsza. Cóż, wlazłeś między wrony… Za to śniadaniowy hummus jest wspaniały. Zestawiam składniki w dowolny sposób, najsmaczniejszą kombinacją jest cytrynowa babka (Madeira to cytrynowa babka, nie?) posmarowana lebaneh i dżemem. Nie mam pojęcia, czy ktoś to tutaj je w ten sposób. Nieważne, jest pyszne.
Mój biedahotelik, sympatyczne miejsce pełne ciekawych ludzi, organizuje grupowe wycieczki. Grupa składa się z trzech do czterech osób i mieści się w osobowym nissanie sunny. Kierowcą jest Mohammad, kontuzjowany bliskowschodni mistrz jednej ze sztuk walki, zapomniałem której. Objechałem te wszystkie ruiny (Jerash robi wrażenie + spotkałem tam żółwika i jaszczurkę, w Umm Qais widok na Jezioro Galilejskie i Wzgórza Golan wyrywa z butów), zaliczyłem kąpiel w Morzu Martwym (i błoto, można tam wytaplać się w błocie i nie wypisują człowieka z dorosłości) i w tzw. międzyczasie dałem się orżnąć taksówkarzowi Adnanowi na grube pieniądze. Co mi się należało, bo kiedy wyjaśnił mi, że kobieta to halfbrain i nie potrafi myśleć tak jak MY pokiwałem grzecznie głową i nie zaprzeczyłem. Z tym wchodzeniem między wrony to bullshit, muszę popracować nad asertywnością.
Bogatszy w doświadczenia i biedniejszy o kabzylion dżejdi pojechałem do Petry. Na dworzec autobusowy zabrałem się z kierowcą, który akurat wiózł dwie śliczne dziewczyny (chyba Niemki) do granicy z Palestyną. Odważne laski, ja bym się bał. Mikrobusik do Wadi Musa stał i czekał, aż zapełnią się wszystkie miejsca. Na szczęście tego dnia było sporo chętnych na wyjazd. W lekkim ścisku i przyjaznej atmosferze doturlałem się do Wadi Musa, gdzie czekał na mnie przytulny hotelik z fantastycznym widokiem na miasteczko i góry.
Petra jest absolutnie petralicious. Tu nie ma co pisać, trzeba być i zobaczyć. Trzeba być i zobaczyć rano. Kiedy zachwycony opuszczałem siq, w stronę Skarbca wlokły się grupy z autokarów. Tak, spać do dziewiątej, śniadanko, zebrać się i przyjechać z Akaby a potem zdychać w południowym słońcu. Luuudzie, do Petry można wejść od bodajże siódmej rano a wy zaczynacie w południe. Petra w południe jest potworna, upał, grupy z autokarów, pył, konie, upał, osły, upał, wielbłądy i dwukółki. I jeszcze ten cholerny upał. I w dodatku czterdziestoosobowe grupy nie wchodzą na najpiękniejsze szlaki. Aż mi żal tych turystów.
Jeszcze tylko powrót do Ammanu, jeszcze tylko nocny lot do Frankfurtu, jeszcze tylko oczekiwanie na podkarpackich dostojników wracających z Chin i można lecieć do domu. Dom przywitał upałem. Upał bez osłów i wielbłądów nie jest taki straszny.









